Polecamy strony

Święta

Poniedziałek, II Tydzień Wielkiego Postu
Rok B, II
Dzień Powszedni

Dzisiaj jest

poniedziałek,
26 lutego 2018

(57. dzień roku)

Zegar

Dźwięk

Brak pliku dźwiękowego

Wyszukiwanie

Licznik

Liczba wyświetleń strony:
10816

Konspekt katechezy - wrzesień 2017

    

  OTWIERANIE SIĘ NA DARY DUCHA ŚWIĘTEGO.

 

 Z potrzeby serca, bo każdy człowiek pragnie doświadczyć Ducha Świętego, chce otworzyć się na Niego i często zadaje sobie pytanie, jak to zrobić, jak żyć Duchem Świętym.

Otrzymaliśmy Ducha Świętego w sakramencie chrztu, bierzmowania i On jest w nas, ale z jakiegoś powodu Go nie doświadczamy. Najczęściej dzieje się tak z racji grzechu, ale też i problemów, trudnych sytuacji, smutku, rozgoryczenia i niepowodzeń. To wszystko jak kurz pada na nasze serce, tworząc dość grubą skorupę, przez którą Duch Święty nie może się przebić. Nie dlatego, że nie chce, ale dlatego, że człowiek nie wyraża na to zgody. Gdyby udało mu się przez nią przebić, to – jak mówi Jezus – strumienie wody żywej popłynęłyby z jego wnętrza. Te strumienie to Duch Święty, który wszystko, co martwe, ożywia. Wiemy, że smutek może być, w pewnym sensie, jakąś śmiercią, podobnie choroba, niepowodzenia, gniew, nałogi. Każdy z nas może doświadczyć tych śmierci. A Duch Święty, ta Woda Żywa, ma moc to, co już w nas umarło, ożywić, tak więc może pojawić się radość, pokój i nadzieja, zdrowie, uśmiech, nowe życie.

Tak, dlatego że nasze szczęście nie zależy od sytuacji zewnętrznych, ale od tego, co jest w sercu, czyli od obecności Boga. Gdybyśmy uzależniali nasze szczęście od okoliczności, to mało ludzi byłoby szczęśliwych, niewiele byłoby okazji do szczęścia. Jeśli jednak odkryjemy ten właśnie dar, którym jest Duch Święty, poznamy, że On jest Duchem radości, bo Bóg jest radością. Jeśli odkryjemy, że ona ma swoje źródło w Bogu, wówczas cały człowiek, całe jego życie zostanie nią ogarnięte. Jak źródło, do którego możemy się dobić, wytryska i rozlewa się na powierzchni, tak strumienie wody żywej, jeżeli wytrysną z naszego wnętrza, wszystko zmienią i zazieleni się nawet tam, gdzie jest pustynia. Dlatego tak naprawdę potrzebujemy Ducha Świętego, choćbyśmy sobie tego nie uświadamiali. Człowiek chory czy zniewolony tęskni za zdrowiem, wolnością, ale tak naprawdę za tą tęsknotą stoi Bóg, bo On jest źródłem uzdrowienia czy uwolnienia. Tak samo ten, kto jest smutny, potrzebuje radości, samotny – przyjaciela, chory – lekarza, ale za tymi osobami, za tymi potrzebami tak naprawdę jest ukryta potrzeba Pana Boga. Jeśli odkryjemy Go, wówczas ogarnie nas ogromna radość i szczęście. I wtedy nieważne, co się będzie działo na zewnątrz – bo tam nie zawsze jest tak, jakbyśmy sobie tego życzyli, mogą być trudności, problemy – jeśli jest radość w sercu, to wtedy, niezależnie od tego, człowiek jest szczęśliwy. Znamy takie przypadki, np. Marta Robin, która, choć była chora, przykuta do łóżka, jednak doświadczała szczęścia. I wiele jest osób, które są radosne, mimo że sytuacja, w której się znajdują, nie napawa szczęściem. Tę radość czerpią nie z tej sytuacji, ale z serca, czyli miejsca, gdzie jest obecny Bóg.

Po pierwsze – trzeba sobie uświadomić, że Go mamy. Następnie pragnąć życia Duchem Świętym, otwarcia się na Niego. W jaki sposób mogę się otworzyć? Poddając się Mu. On już poprowadzi. Możemy mieć takie czy inne pragnienia, wymyślać teorie doświadczenia, otwarcia się na Ducha Świętego, ale to zawsze są ludzkie sposoby postępowania czy myślenia. Najprościej po prostu Mu się poddać. A uczynić tak można wobec kogoś, komu się ufa. Jezus mówi: „Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie, niech przyjdzie do mnie i strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza”. Święty Jan pisze, że mówił wtedy o Duchu Świętym. Przyjście do Jezusa jest więc gwarancją doświadczenia obecności Ducha Świętego, który nieustannie będzie nas odnawiał, oczyszczał jak żywa woda, obmywał, napełniał tym, czego człowiek może do tej pory nie miał.

To ważne, żeby mieć taką świadomość, bo człowiek jest pewną całością, nie da się go podzielić, ale w jego życiu można wyróżnić pewne etapy. I często tak robimy, np. jeśli ktoś się nawraca jako dorosła osoba, wówczas mówimy, że ma etap przed nawróceniem i po nawróceniu. Możemy też zobaczyć nasze życie w innej płaszczyźnie. Pierwsza to ta, która jest naznaczona złem, trudnościami, problemami. Zazwyczaj nie chcemy jej akceptować, myśleć o niej. Często się wstydzimy tego, co było złe w naszym życiu i to sprawia, że czujemy rozgoryczenie, żal, czasem pretensje do Pana Boga, bo straciliśmy tyle lat życia. Dlaczego dopiero teraz sobie to uświadamiamy? Dlaczego nie wcześniej? Wydaje się człowiekowi, że tamto życie było gorsze, bezowocne, bezpłodne. Tymczasem Słowo Boże wskazuje, że właśnie w ziemi bezpłodnej bardzo często wszystko zaczyna rozkwitać. Na pustyni nie ma życia, jednak Bóg prowadzi przez pustynię i jeśli nasza bolesna, trudna przeszłość zostanie zaakceptowana, odkryjemy, że z tego zła, które popełniliśmy czy którego doświadczyliśmy, Bóg wyprowadza dobro, którym możemy się posłużyć, aby innych zachęcić do akceptacji ich własnego życia takim, jakim ono jest. Bo ono jest najwspanialszym darem Pana Boga. Nieważne, jakie było do tej pory, ważne, jakie może się stać właśnie w tym momencie.

Druga płaszczyzna uświadamiania sobie działania Ducha Świętego to doświadczenie tego, że jestem dzieckiem Boga. Stałem się nim w sakramencie chrztu świętego i wtedy otrzymałem Ducha Świętego. Bóg przyznał się do mnie, powiedział: „Chcę ciebie, kocham ciebie, akceptuję ciebie, pragnę ciebie, ufam ci, dlatego daję ci życie i pozwalam ci być Moim ambasadorem. Chcę przez ciebie działać, objawiać się, dotykać innych. Potrzebuję ciebie, bo w tym świecie, który jest zły i grzeszny, możesz pokazać, że jest Bóg, który kocha i który ma moc”. Jeżeli sobie to uświadomię, to w tym momencie ogarnie mnie ogromna radość, szczęście, czyli pozwolę Duchowi Świętemu działać, bo będę szczęśliwy, że jestem dzieckiem Boga, będę czuł się wyróżniony, będę dumny z tego, że mam Boga za Ojca, że ja, taki grzeszny i marny człowiek, z taką przeszłością zostałem przez Boga zaakceptowany i wybrany.

Trzecia płaszczyzna doświadczenia Ducha Świętego to walka duchowa, bo Duch Święty, kiedy zstępuje na nas, zawsze prowadzi do zmagania ze złem, które mam w sobie i które spotykam na co dzień. W Ewangelii św. Marka, zanim aniołowie zaczęli usługiwać Jezusowi, stoczył On wcześniej walkę ze złym duchem. Najpierw musiał pościć, modlić się, a później odrzucić wszelkie pokusy i dopiero potem doświadczył czegoś wspaniałego, że aniołowie przyszli i zaczęli Mu usługiwać. Musimy sobie uświadomić, że po doświadczeniu Ducha Świętego czeka mnie niełatwa walka, ale z Bogiem mogę pokonać demony, które mnie atakują: złość, gniew, brak przebaczenia, pychę, egoizm. Muszę się z nimi rozprawić, nie mogę ich zostawić i pójść np. uzdrawiać mojego męża czy rodziny, bo się nie da, bo przeze mnie te demony i tak wrócą do mojej rodziny, nawet jeśli je przepędzę w jakiś sposób z życia mojego męża czy dzieci. Najpierw trzeba doświadczyć zwycięstwa na płaszczyźnie swojego serca, życia i świadomie zgodzić się, aby owoc Ducha Świętego, który jest gwarantem Jego obecności, mógł w tej trudnej sytuacji być znakiem, że demon został pokonany. Jeśli mam złość, gniew czy nienawiść, a pojawi się dobroć, przebaczenie, akceptacja, znaczy to, że ten demon został we mnie dzięki mocy Ducha Świętego pokonany. Te trzy płaszczyzny można sprowadzić do konkretnych sytuacji, których doświadczamy. Tak naprawdę każdego dnia powinienem sobie uświadomić, że muszę zaakceptować siebie, swoje niedoskonałości, braki, choroby czy problemy. Zawsze należy mieć poczucie, że jest się dzieckiem Boga. Nawet jeśli moje życie jest ciężkie, to jednak mam kogoś, kto jest moim Ojcem. Każdego dnia muszę pamiętać, że trwa walka ze złymi duchami. Jeśli będę tak postępował, wtedy całkiem inaczej spojrzę na swoje życie i sytuacje, które mnie dotykają. Będę mógł przeżywać je w duchu wiary, wierząc, że mocą Boga, którą jest Duch Święty, którego otrzymałem, pokonam wszystko. Nie muszę się załamywać, rozpaczać, narzekać, bo mam moc z wysoka. A jeśli Pan Bóg tego zapragnie i mnie powoła, będę mógł – mając jakieś doświadczenie – pomóc pokonać zło drugiemu człowiekowi.

Wydaje mi się, że w bardzo prosty sposób. Każdego dnia, kiedy się budzę, staram się uświadomić sobie (nie zawsze to wychodzi, bo czasem człowiek jest zmęczony – zanim się przebudzi, to już jest na nogach i dopiero musi wypić kawę, żeby sobie to uświadomić), że żyję i że Duch Święty jest, bo On jest życiem, On mnie pobudza do życia, ożywia. Wtedy staram się też z Nim przywitać: „Cieszę się, Duchu Święty, dobrze, że jesteś. Miło uświadomić to sobie, a skoro tu jesteś, to dzień będzie wspaniały, cudowny”. Wstaję, myję się, staram się elegancko ubrać i zaczynam spotkanie z Duchem Świętym z przekonaniem, że On tu jest. Skoro On tu jest jako konkretna Osoba, to teraz spotykam się z Bogiem, moim Stwórcą, więc muszę mieć tego świadomość. Powinienem też sobie pomóc, aby wszystko było Jemu poddane, zrozumieć, że jest to dar. W czasie modlitwy – czy przy lekturze Pisma Świętego, czy przy modlitwie spontanicznej – staram się na to zwracać uwagę. Kiedy polecam innych, wiem, że oddając w modlitwie te osoby, ich problemy czy moją posługę, zanurzam wszystko w Duchu Świętym, który to otacza i chroni, a później bardzo często w ciągu dnia mam świadomość, że On działa. On zawsze wskazuje na Jezusa, dlatego też bardzo często towarzyszy mi przekonanie, które też staram się pielęgnować – każdy z nas musi się o to troszczyć, bo samo to nie przychodzi – o obecności Jezusa. On jest ze mną nieustannie, a skoro tak, to cuda mogą dziać się wszędzie, gdzie tylko człowiek się znajdzie i gdzie pojawi się taka potrzeba, żeby cud zaistniał. Jeśli ta świadomość towarzyszy mi przez cały dzień, to w momencie modlitwy czy to za chorych, czy zniewolonych, bardzo szybko mogę zobaczyć działanie Bożego Ducha, który w Imię Jezusa od razu dotyka i uzdrawia. To sprawia, że w sercu zawsze jest radość. Nawet w trudnościach staram się cieszyć, bo nie wiem, co mnie spotka, jakie dobro Bóg wyprowadzi z tej sytuacji, więc już na samą myśl, jaka to będzie niespodzianka od Pana Boga, skoro spotkała mnie taka przykrość, zaczynam się cieszyć. To może być teraz, może za godzinę, może na wieczór, ale będzie. I to sprawia, że człowiek czuje radość. Święty Paweł mówił, że owocem Ducha Świętego jest radość, pokój, cierpliwość, miłość. Po nich staram się poznać obecność Ducha Świętego w sobie. Posługując takim czy innym charyzmatem nigdy nie twierdzę, że Duch Święty teraz działa, ale wiem, że kiedy pojawia się dobroć, miłość, uprzejmość, kiedy mimo takiej czy innej sytuacji zachowuję cierpliwość, to znaczy, że jest On obecny. To też sprawia, że człowiek się cieszy, raduje, żyje.

Myślę, że każdego dnia Duch Święty działa w sposób szczególny, bo On się nie powtarza, każde doświadczenie jest inne. Są jednak takie, które bardzo zapadają w serce, np. książka Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną jest owocem doświadczenia Ducha Świętego. Zrodziła się na nocnym czuwaniu w Jarosławiu. Przygotowałem konferencję na inny temat, miałem kartki przed sobą i zamierzałem po wstępie rozpocząć głoszenie konferencji na przygotowany temat. Duch Święty jednak chciał inaczej. On zawsze wskazuje na Jezusa. Zatem moja konferencja, choć nie przygotowana i nie zamierzona, dotyczyła Osoby Jezusa i Jego posługi wobec człowieka. To było tak mocne doświadczenie działania Ducha Świętego, że wiele osób chciało, aby te teksty im udostępnić, a ja nie miałem z tej konferencji żadnych notatek. Okazało się jednak, że ktoś te rozważania nagrał i wyraził chęć ich przepisania. W taki właśnie sposób zrodziła się ta książka, która jest znakiem mocnego działania Ducha Świętego. Z jej wydaniem też było wiele problemów. Kiedy tekst znalazł się już opracowany w komputerze, komputer został skradziony, a znajdował się tam jedyny zapis tych rozważań. Byłem na 100% przekonany, że teksty są stracone. Wówczas zadzwoniły do mnie dwie osoby i powiedziały, że modlą się o cud. Zastanawiałem się, w jaki sposób to się dokona, skoro nie ma komputera. Może złodziej go odda, może policja go odnajdzie? A jednak w ciągu dwóch dni te teksty zostały odzyskane. Stał się ewidentny cud, bo można powiedzieć, że z niczego powstało coś, a mówiąc dokładnie: to samo, co było na tamtym komputerze – cały tekst ze wszystkimi świadectwami. Kiedy książka poszła do wydawnictwa i miała być drukowana, tryby w maszynie się popsuły, połamały i nie można było jej wydrukować. Wydawca był zaniepokojony, bo nigdy nie mieli takich problemów z żadną książką. Teraz, kiedy słyszę różnego rodzaju świadectwa, jestem święcie przekonany, że Duch Święty bardzo pragnął, żeby ta książka się ukazała, bo dotyka serc wielu ludzi, a Duch Święty zawsze wskazuje na Jezusa, to On jest w centrum. Myślę, że ta książka, która przynosi bardzo dużo dobra, jest takim mocnym doświadczeniem Ducha Świętego, który całą tę konferencję sam, poprzez moje usta, wypowiedział.

Ale są też inne sytuacje, kiedy czuję namacalną obecność Ducha Świętego, aż mi wali mocno serce, chociaż nie można opierać się na uczuciach, bo to nie jest ważne. Duch Święty działa nawet wtedy, kiedy człowiek nic nie czuje, ale wtedy pojawia się pewność – zrób krok do przodu, odważ się. Kiedyś miałem takie właśnie mocne pchnięcie od Ducha Świętego – zrodziło się ogromne pragnienie, aby powiedzieć słowa, że Jezus uzdrawia. I kolejna myśl: „Jeśli to powiesz, powiedz, że to pokażesz, że Jezus uzdrawia”. Poddałem się Duchowi Świętemu, temu natchnieniu i mówię: „Jezus uzdrawia i teraz wam pokażę, że tak jest, że Jezus jest tutaj i uzdrawia”. Pojawił się jednak lęk – jak to pokazać, muszą być tu jacyś chorzy. Kolejna myśl: „Powiedz – niech chorzy podniosą rękę do góry, wybierz pięć osób i zawołaj je do przodu, pomódl się i zobaczysz. W ten sposób też pokażesz innym”. Odważyłem się to zrobić. Kościół był wypełniony po brzegi. Poprosiłem, aby osoby chore fizycznie, które mają widoczne choroby czy kalectwo, wyszły do przodu. Pięć osób podeszło na modlitwę i zostało uzdrowionych. Był wśród nich starszy człowiek, który miał nie tylko problemy zdrowotne, ale i duchowe. Jego życie naznaczone było narzekaniem, smutkiem nie wiadomo skąd, był zgryźliwy, niedobry dla swoich bliskich, mimo że się nim opiekowali. Miał bardzo poważne schorzenie, które nie poddawało się leczeniu. Został tak mocno dotknięty, że odzyskał nie tyko zdrowie, ale radość, chęć życia. Później jego córka dawała świadectwo, że następnego dnia nie poznawała ojca, który tętnił życiem. Miał siedemdziesiąt parę lat, a w sobie tyle siły, radości, szczęścia, że niejeden młody mógłby mu pozazdrościć. Była tam też osoba o kuli i została uzdrowiona z problemów związanych z kręgosłupem. Właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że Duch Święty bardzo pragnie, aby Mu zaufać w ciemno, bo człowiek nie ma dowodów na to, że ktoś zostanie uzdrowiony. Nie wymusimy uzdrowienia na Panu Bogu, ale możemy zaufać, że On zadziała w momencie, kiedy ogłosimy, że On jest Tym, który uzdrawia.

Przypomina mi się scena ze Starego Testamentu, gdzie jest opisane uzdrowienie Syryjczyka Naamana, który był trędowaty. W jego domu znalazła się dziewczyna, Żydówka, która w pogańskim kraju, będąc niewolnicą, powiedziała coś, co nie było akceptowane nawet w Izraelu, co nie było w modzie – że Bóg Izraela uzdrawia i nieważne, czy jest się Żydem, czy poganinem, ważne, aby przyjść do Niego. A jeśli się przyjdzie, na pewno się zostanie uzdrowionym. Naaman uwierzył w to i rzeczywiście tak się stało. Jezus potwierdza to, że za czasów proroka Elizeusza było w Izraelu wielu trędowatych, ale żaden z nich nie został uzdrowiony, tylko Syryjczyk Naaman. Stało się tak, bo ktoś się odważył powiedzieć, ogłosić, że Bóg uzdrawia. I dzisiaj jest podobnie. Uzdrowienie dokonuje się w Imię Jezusa, ale mocą Ducha Świętego. Musimy więc najpierw ogłosić, że tak jest, że Bóg uzdrawia. Jeśli nie ma kogoś, kto by to ogłosił, nie ma uzdrowień, bo ludzie nie przyjdą. Skąd będą wiedzieć, że Bóg uzdrawia? Wiele chorych osób uczestniczy we mszach świętych niedzielnych i nikt nie jest uzdrawiany. A przecież to ta sama msza święta, która jest odprawiana wtedy, kiedy jest modlitwa o uzdrowienie. Msza się nie zmienia. Jest to ta sama Ofiara Jezusa i ta sama moc, ale nikt z niej nie korzysta, bo nie ma świadomości, że w tej Eucharystii działa Duch Święty, że ta Eucharystia może całe moje życie przemienić i uzdrowić. Stąd też doświadczenie Ducha Świętego, w którym On popycha na głębokie wody: „Ogłoś, nie myśl o tym, co będzie. Powiedz te słowa, odważ się. Ja zrobię resztę”. Taki krok do przodu wiele lat temu dał mi do zrozumienia, że Bóg jest cały czas, tylko my się lękamy, boimy albo zakładamy, że Bóg nie zadziała, nie chce uzdrowienia. Tymczasem właśnie w takich sytuacjach, kiedy człowiek zrobi krok do przodu, okazuje się, że Bóg działa z ogromną mocą i sam się człowiek temu dziwi.

Kiedyś też miałem takie doświadczenie i byłem zdumiony, bo tego się na co dzień nie doświadcza, nie spodziewa. Trwała adoracja, wystawiłem Pana Jezusa w monstrancji i zrodziły się we mnie takie słowa: „Ogłoś teraz, że Ja tu jestem żywy i prawdziwy i na dowód tego osoby chore zostaną uzdrowione. Powiedz to do mikrofonu”. Zrobiłem tak i okazało się, że w tym właśnie momencie około 20 osób zostało uzdrowionych z problemów fizycznych. Bóg je dotknął. To jest właśnie ten moment, kiedy Duch Święty w sposób wyraźny objawia moc albo, inaczej mówiąc, dopiero wtedy sobie uświadamiamy, że On działa. I dlatego wydaje mi się, że każdy moment jest szczególny, tylko wiele tych chwil jest nieuświadomionych, ale jeśli sobie zdamy z tego sprawę, okazuje się, że dla nas jest to szczególny moment, bo z mocą zapada w nasze serce i pamięć. Doświadczeniem Ducha Świętego jest chociażby fakt przebudzenia rano, to, że żyję, dar życia, ale często nie zdajemy sobie z tego sprawy.